Czytając różne blogi, poświęcone oszczędzaniu i inwestowaniu, natknąłem się na pojęcie fundusz bezpieczeństwa lub fundusz awaryjny.
Chodzi o posiadanie środków w gotówce, dzięki którym, możemy sfinansować, nagłe niespodziewane wydatki.
Początkujący inwestorzy, którzy zaczynają swoją przygodę do wolności finansowej, mówią o wielkości funduszu awaryjnego na poziomie 2 czy 3k.
Ja zacząłem właśnie od stworzenia funduszu bezpieczeństwa na poziomie 2k, licząc, że nic aż tak strasznego się nie wydarzy, żebym musiał go wyzerować.
Co prawda, liczyłem się z jego uszczupleniem w związku remontem dachu (na który ma iść 1500zł) ale okazuje się, że są czasem wydatki, których się nie spodziewamy, a przynajmniej nie w tym czasie.
W moim przypadku chodzi o naprawę samochodu. Przy zmianie opon na letnie, przyglądałem się tarczom jak i klockom hamulcowym i ku mej radości wyglądało wszystko ok. Radość mą, potwierdziło również badanie techniczne, na którym hamulce były dość mocną stroną, mojego auta.
Niestety parę dni temu jadąc sobie przez las dozwoloną prędkością :), kierownica zaczęła mi dziwnie się zachowywać. Również taka sytuacja miała miejsce, podczas hamowania.
Pojechałem więc do warsztatu i okazało się, że tarcza hamulcowa po prawej stronie jest do wymiany. Niestety tarcze wymienia się z dwóch stron jednocześnie (a przynajmniej tak się powinno robić) i należy też wymienić klocki.
Ta wątpliwa nieprzewidziana przyjemność, kosztowała mnie 300zł.
Podsumowując więc moje wydatki, okazało się, że fundusz bezpieczeństwa się sprawdza, jednak jego wysokość powinna być, według mnie, o wiele wyższa.
Dlatego od przyszłego miesiąca, odbudowując fundusz awaryjny, będę dążył do zwiększenia jego wartości do 5k. Licząc oczywiście, że już nie będzie potrzeby, korzystania z niego.
Moja droga do niezależności finansowej, z potomstwem na karku, realizowana poprzez: oszczędzanie, inwestowanie i zarabianie. Zamierzam wykorzystać do tego: GPW, akcje, obligacje, surowce, fundusze inwestycyjne.
piątek, 16 lipca 2010
Jak zaoszczędziłem parę złotych - czyli kto pyta ten się dowiaduje
Jak co roku, nastąpiła konieczność wymiany oleju w samochodzie.
Przyjemność taka ("wątpliwa") kosztowała mnie niecałe 100zł, wraz z olejem i filtrem.
Postanowiłem jednak popytać znajomych, gdzie oni wymieniają olej i ile ich to kosztuje.
Okazało się, że wystarczy poszukać i można zaoszczędzić trochę pieniędzy. Udałem się więc dzisiaj, do warsztatu poleconego przez znajomego i ku mojej wielkiej radości, wymiana kosztowała mnie 68zł.
Zaoszczędziłem więc 30zł na wymianie, jak również około złotówkę, na dojeździe do "zaprzyjaźnionego" warsztatu, który tak ze mnie zdzierał kasę :)
Czyli w tym miesiącu, kolejne zaoszczędzone pieniądze, zasilą fundusz bezpieczeństwa.
Przyjemność taka ("wątpliwa") kosztowała mnie niecałe 100zł, wraz z olejem i filtrem.
Postanowiłem jednak popytać znajomych, gdzie oni wymieniają olej i ile ich to kosztuje.
Okazało się, że wystarczy poszukać i można zaoszczędzić trochę pieniędzy. Udałem się więc dzisiaj, do warsztatu poleconego przez znajomego i ku mojej wielkiej radości, wymiana kosztowała mnie 68zł.
Zaoszczędziłem więc 30zł na wymianie, jak również około złotówkę, na dojeździe do "zaprzyjaźnionego" warsztatu, który tak ze mnie zdzierał kasę :)
Czyli w tym miesiącu, kolejne zaoszczędzone pieniądze, zasilą fundusz bezpieczeństwa.
W finansach nie ma sentymentów, czyli jak walczyć o swoje
Ponieważ już wkrótce kończy mi się ubezpieczenie OC samochodu, otrzymałem od PZU, propozycje stawki ubezpieczenia "nie do odrzucenia".
Podobno w moim rejonie, nastąpiło obniżenie składek i dzięki temu mogę zaoszczędzić. Jakoś duży musi być ten rejon, bo znajomi z drugiego końca Polski, też otrzymali list takiej treści :)
Przyjrzałem się tej propozycji i po skorzystaniu z porównywarki OC, okazało się, że ta super ekstra, fajna stawka, nie jest wcale taka wyjątkowa.
Wyszło mi, że gdzie indziej zapłacę około 60zł mniej.
Udałem się więc do PZU i grzecznie zapytałem czy ta propozycja jest ostateczna, bo jeśli tak, to rezygnuję z OC. Po krótkich naradach, postanowiono mi obniżyć składkę o 40zł, co mnie usatysfakcjonowało.
Tak więc, dzięki "straszeniu" odejściem, zaoszczędziłem 40zł, które pójdzie na fundusz bezpieczeństwa.
czwartek, 8 lipca 2010
Inwestycji na giełdzie ciąg dalszy
W tym miesiącu, po raz kolejny, zadbałem o swoją przyszłość na emeryturze, przelewając 500zł, na IKE w formie rachunku maklerskiego w BOŚ.
Po przeanalizowaniu dostępnych danych, jak i przeczytaniu kilku blogów, stwierdziłem, że i tak analizy techniczne i inne takie rekomendacje, tak naprawdę nic mi nie mówią.
Postanowiłem więc zaufać samemu sobie i przeznaczyłem te pieniądze na zakup akcji spółki Tauron. Kupiłem 101 akcji po 5.05, a mój rachunek, powiększył się dzisiaj o 15zł, dzięki otrzymanej dywidendzie ze spółki KGHM.
Jak na razie, moje poczynania na giełdzie, są dość mizerne, ale w porównaniu z kiepskimi nastrojami na giełdach, jestem stratny tylko 14zł.
Myślę, że taką stratę, będę w stanie odrobić do czasu, gdy będę mógł wypłacić tą kasę, omijając podatek belki, tzn. za parędziesiąt lat :)
Następnym moim zakupem, prawdopodobnie będzie PGE.
Jak szybko się wzbogacić cudzym kosztem
Pisałem ostatnio o pomylonych wysyłkach kart pewnego banku do swoich klientów (właścicielem karty nie był adresat przesyłki).
Ja otwierając w czwartek swoją skrzynkę na listy wyjąłem z niej list z logo banku. Mam w tym banku rachunek maklerski, dlatego otworzyłem list, licząc iż znajdują się tam informacje dotyczące mojego rachunku.
Okazało się, iż w środku znajdowała się karta debetowa na nazwisko zbliżone do mojego i identycznym imieniu. W pierwszej chwili, pomyślałem, że ktoś w banku pomylił się podczas wpisywania nazwiska.
Potem wydało mi się podejrzane otrzymanie karty, bo niby do czego? Do rachunku maklerskiego? Co prawda jestem nowicjuszem jeśli chodzi o giełdę, ale raczej mało prawdopodobne, żeby wydawano karty do tego typu rachunku.
Zacząłem więc bacznie przyglądać się kopercie. Jako adresat była ta sama osoba, której dane widniały na karcie.
Mój adres i adres na kopercie, różniły się tylko numerem.
Znam swoich sąsiadów, zwłaszcza tego, do którego miałaby się odnosić przesyłka i na pewno nie miał ani na nazwisko ani na imię tak, jak widniało na liście.
Zająłem się swoimi sprawami, zostawiając przesyłkę i problem z nią, na późniejszy czas.
Jakież było moje zdziwienie, gdy na drugi dzień, znalazłem w swojej skrzynce, podobny list. Zaadresowany tak samo jak ten wcześniejszy i od banku.
Nie otwierałem go, ale sądzę, że znajdował się tam PIN do karty, którą "otrzymałem" dzień wcześniej.
W ten dość prosty sposób, mogłem się stać trochę bogatszym. Posiadałem kartę oraz PIN, więc wystarczyło iść do bankomatu i wypłacić gotówkę :)
Musiałem więc przeprowadzić własne śledztwo i odnaleźć adresata tych listów.
Okazało się, że sąsiad wynajął lokal pod jakiś sklep i w nim pracował adresat listów.
Tak więc w tym przypadku nie zawinił bank tylko listonosz, choć wydaje mi się, że karty jak i numery PIN, powinny być przesyłane listami poleconymi.
Przesyłki te, dotyczą przecież znacznych wartości, które można utracić. Powinien więc bank, bardziej dbać o bezpieczeństwo swoich klientów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)